Tematy uchodźcze pierwszy raz pojawiły się na poważnie w polskim dyskursie publicznym w 2016 roku, kiedy na skutek niepokojów na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce rozpoczął się największy po II wojnie światowej kryzys migracyjny. Oczywiście nikt wtedy nie słyszał o żadnej wojnie na Ukrainie (choć dwa lata wcześniej Rosjanie anektowali Krym) i dyskusja dotyczyła przede wszystkim osób przybywających do państw Europy Zachodniej. Polskie media od lewa do prawa gorączkowo debatowały nad tym, co tu z tymi migrantami zrobić, ale niemal żaden z komentatorów nie wpadł na genialny w swej prostocie pomysł sprawdzenia, co nam mówią na ten temat przepisy prawa. A mówią jasno i wyraźnie, że „Żadne (…) Państwo nie wydali lub nie zawróci w żaden sposób uchodźcy do granicy terytoriów, gdzie jego życiu lub wolności zagrażałoby niebezpieczeństwo ze względu na jego rasę, religię, obywatelstwo, przynależność do określonej grupy społecznej lub przekonania polityczne” (art. 33, Konwencja dotycząca statusu uchodźców z 1951 r.). I tyle. I aż tyle. I to jest właśnie zasada non-refoulement czyli po prostu zakaz zawracania uchodźców wszędzie tam, gdzie grozi im niebezpieczeństwo. WSZĘDZIE – a więc nie tylko do kraju pochodzenia.
I tu jest pies pogrzebany. Jeśli do granic Polski przybija jakiś nieszczęsny Pakistańczyk, który uciekł z własnego państwa w obawie przed prześladowaniami, Polska nie może go zawrócić NIE TYLKO do Pakistanu. Polska nie może go zawrócić nigdzie, gdzie grozi mu potencjalne niebezpieczeństwo. A więc i na Białoruś, jeśli ma uzasadnione podstawy domniemywać, że i w tym kraju osoba ta będzie prześladowana lub zawrócona do Pakistanu (lub gdziekolwiek, gdzie nie będzie bezpieczna). Proste? Proste jak konstrukcja cepa. Non-refoulement oznacza, że nikogo nie można wyrzucić tam, gdzie coś mu grozi.
Polska jest stroną konwencji genewskiej od 1991 roku więc wystarczająco długo, aby politycy i komentatorzy się w tym połapali. Jeden przepis, nazwany nieco pretensjonalnie, z francuska non-refoulemet, i życie staje się prostsze. Może gdyby znali go wszyscy, którzy powinni, mniej było by w przestrzeni publicznej absurdalnych dyskusji pod hasłem „Ci wszyscy na granicy z Białorusią to oni przyjechali do pracy więc to nie są żadni uchodźcy, a migranci, i my im pracy nie damy, ani polskiej ziemi, ani polskich kobiet”. A tu psikus bo okazuje się, że to nie polski Seba spod Lewiatana decyduje o tym, kim jest uchodźca, a jakaś konwencja. I to nie narzucona przez Berlin/Moskwę/Brukselę/ kosmitów, a normalnie podpisana przez rząd polski. Polski jak polski, powie niejeden. Toż premierem był wtedy Bielecki, a to już samo mówi za siebie….. Nie wchodząc jednak w grube teorie spiskowe, zauważyć należy niepodważalny fakt – Polska jest stroną konwencji i już. To oznacza, że nieprzyjmowanie uchodźców i ich zawracanie z granicy jest naruszeniem prawa międzynarodowego, za co Polsce grożą rzeczywiste, dotkliwe kary finansowe.
Sprawę utrudnia jednak to, że stroną konwencji jest również Białoruś, na co wielokrotnie w swych wypowiedziach uwagę zwracał premier Mateusz Morawiecki. Teoretycznie więc wszystkie osoby, które przybywają na jej terytorium i twierdzą, że w miejscach pochodzenia grozi im niebezpieczeństwo, powinny ubiegać się o azyl w pierwszym państwie, do którego przybyli, a które jest stroną konwencji, a więc już na Białorusi. Rzeczywiście, tak wygląda konwencyjna teoria i niestety tylko teoria. Każdy bowiem średnio rozgarnięty obserwator życia publicznego wie, że Białoruś mało wiarygodnym partnerem jest. Tajemnicą poliszynela jest to, że rząd w Mińsku pakuje uchodźców do samolotów i bez zbędnej zwłoki odsyła, gdzie popadnie. Jeśli więc polskie władze mają tego świadomość, a nie mieć jej ciężko, ich psim obowiązkiem jest uchronienie tych ludzi przed takim losem.
Tyle że poszanowanie rządu dla prawa międzynarodowego jest mniej więcej takie, jak pogoda w listopadzie: nie zasługuje nawet na słowo komentarza. O konsekwencjach tego podejścia i praktycznych skutkach dla osób koczujących w lasach pogranicza Czytelnik poczyta w kolejnej, trzeciej części tych rozważań.